O mnie

Moje zdjęcie
Nauczyciel języka polskiego i historii. Pasjonat edukacji. Szczęśliwy mąż i przyszły ojciec. Zwykły człowiek o niezwykłych pomysłach na życie :)

środa, 31 sierpnia 2016

1 września

Pewna ławeczka w parku. Słoneczne, sierpniowe popołudnie. Dwóch facetów. Jeden po pięćdziesiątce, drugi po trzech, ale w dość młodym wieku:

- I zobacz Pan, jak ten czas szybko leci. Dopiero był czerwiec, a już koniec lata.
- A no tak.
- Może i lepiej. Dzieciaki wrócą do szkoły, nie mam już do nich nerwów. Wystarczy, że moja stara warczy nad uchem.
- A no tak.
Znalezione obrazy dla zapytania rozpoczęcie roku- Wie Pan, piątka dzieci to niezłe utrapienie.
- Rozumiem.
- I na wywiadówkę się pójdzie podejrzeć te młode nauczycielki. Od razu człowiekowi lepiej na sercu.
- A no wiadomo.
- Ale tak w sumie to im współczuję. Panie – ciągły krzyk, pisk, gadanie, marudzenie, szemranie. Panie! Kto to, by wszystko wytrzymał?
- Taa …



- A co Pan taki strapiony? Z roboty wyrzucili?

- No właśnie przyjęli, jutro mam rozpoczęcie roku ;)

środa, 24 sierpnia 2016

To tylko Hollywood

- Mam, mam. 27 lat poszukiwań i w końcu się znalazła!
- Co takiego? Twoja pierwsza pieluszka?
- Nie głupku. Znalazłem dziewczynę
 - Oho, zaczyna się.
- Jest idealna – ładna, inteligenta, przebojowa, towarzyska i dobrze zarabia.
- Dobra, dobra. Słyszałem to już setki razy. Pokaż lepiej zdjęcie.
- Proszę bardzo. Patrz i podziwiaj.
 
- I jak? Powinienem dać Jej szanse?

- Uwielbiam twoje poczucie humoru.    

piątek, 12 sierpnia 2016

Mielnoooo?

- Ładne te Mielno, co?
- Czy ja wiem, normalna mieścina.
- Tylko jakoś mało ludzi, jak na środek sezonu. Daleko ta plaża?
- Jeszcze moment i będziemy na miejscu.
- Mówisz tak od godziny.
- Nie marudź, tylko maszeruj.
- Wyciągnij termos, muszę popić, bo mi zaschło w gardle. Może ja kogoś zapytam?
- Przestań, już słychać szum morza. Wstyd pytać.
- Ja tam nic nie słyszę. Poczekaj, zaraz wrócę.

- Przepraszam Panią. Daleko jeszcze do morza? Krążymy tak od godziny i nie możemy znaleźć.

- Do jakiego morza? Przecież to dopiero Koszalin. 

czwartek, 11 sierpnia 2016

Grześ vs Janusz

Pewnym ruchem ręki przestawiam wskazówkę adaptera w lewą stronę. Muzyczny wehikuł czasu zabiera mnie w sentymentalną podróż do przeszłości. „Międzynarodówka” pobudza do działania. „Bój to jest nasz ostatni, krwawy skończy się trud…” – nucę sobie pod nosem. Jeszcze tylko dokleję wąsik, buława w dłoń i mogę ruszać w drogę. Zaraz, zaraz. Zapomniałem o najważniejszym. Jest, jest. Charakterystyczna muszka w stokrotki.

Nagle otwierają się drzwi. Do pokoju wpada piekarniany byczek.

- Co ty do cholery wyrabiasz? Idziesz na bal przebierańców, czy jak? – warczy w emocjonalnym podnieceniu.

- Szykuję się na randkę – odpowiadam spokojnym tonem.

- Gdzie? – poziom irytacji mojego przyjaciela sięga granic wytrzymałości.




- Jedna dziewczyna powiedziała, że woli debatę z Korwinem niż kawę ze mną. Oczywiście rozumiem partyjną solidarność, ale bez przesady. Jak wypiję dwa Reedsy, to zrobię Jej w Polsce taką monarchię, że do końca życia zapamięta, co to znaczy stosunek feudalny. 

wtorek, 9 sierpnia 2016

Wzór na miłość

Dzwoni do mnie piekarz T. i mówi, że ma idealny pomysł na biznes. Zero ryzyka, zero wkładu własnego. Wszystko podparte badaniami naukowymi. „No cóż, może tym razem faktycznie zostaniemy milionerami” – pomyślałem. „Bierz jagodzianki i wpadaj”! – krzyczę do tej śmiesznej zakurzonej szybki.

Wzór na miłość już mam. – Teraz poszukuję mojego Y. - Spójrz tutaj.

- Hmm…

- I jak?

- Co jak? Nic z tego nie rozumiem.

- 15 lat studiów i nie potrafisz zrozumieć prostego języka inżynierii genetycznej?

- Czego?

- Mniejsza z tym. To jest nasz wzór na miliony.

- Sorry, ale ja chyba jestem za tępy na te twoje piekarniane mądrości.

- Ja będę mówił, a ty słuchaj. W dzisiejszych czasach najłatwiej dorobić się na dzieciach. Za każde dziecko płacą 500 zł. Gdybyś miał sześcioro dzieci, zarabiałbyś 3000 zł miesięcznie bez wychodzenia z domu. 3000 x 12 = 36000 zł rocznie. Leżysz i zarabiasz. Proste.

- Ale z tego, co wiem, to my nie mamy dzieci.

- I dlatego należy to zmienić. Musimy znaleźć taką dziewczynę, która zapewni nam jednorazowo trojaczki, wtedy po niespełna dwóch latach będziemy mieli naszą wymarzoną szóstkę. Prawie, jak w totka.

- A skąd ty będziesz wiedział, że twoja domniemana dziewczyna urodzi ci trojaczki?

- Przeprowadzimy ankietę, aby wyeliminować współczynnik ryzyka. Bierzemy pod uwagę tylko te panny, które zanotowały taką przypadłość w swoich rodzinach trzy pokolenia wstecz.

- Zaraz, zaraz. A jak zmieni się władza i zlikwidują 500+?

- Co ty, ostatnio słyszałem, że PiS będzie rządził dożywotnio. Zdążymy się dorobić.

- A ten X w tym wzorze. Co to jest?

- To jest męski samiec alfa.

- Słucham?

- Męski samiec alfa potrzebny do rozrodu. Są trojaczki, jest matka, musi być też ojciec. I tutaj właśnie pojawia się twoja rola. Na piekarza przecież nie polecą, na nauczyciela prędzej. Zacytujesz tego tam Mickiewicza … i droga do milionów stoi otworem.

- Wszystko pięknie, ładnie, brakuje mi tylko jednego.

- Czego ci znowu brakuje?

- W twoim wzorze nie ma miejsca na miłość.

(…)

Piekarz T. spojrzał na mnie z wyraźnym wyrzutem: „Byliby może i z ciebie ludzie, gdyby nie ten pieprzony romantyzm”.



czwartek, 4 sierpnia 2016

Królowie życia

Godzina 17.23. Piękne środowe popołudnie. Mój czarodziejski „smartfon” daje o sobie znać cieniutkim, wstydliwym głosem. Zerkam na panel. Raz i drugi. Lekko zakurzony, ale widać wyraźnie, że jakaś wiadomość. Numer nieznany, za to dość konkretny. Kolega Georg formuje ekipę na Mielno. „Nie ma opcji, nigdzie nie jadę” – pomyślałem w przypływie ludzkiej słabości. Nie zdążyłem nawet urzeczywistnić owych pragnień w formie pisemnej, a Georg już czyhał u bram mojej posiadłości. „I jak, jedziesz?”. W pierwszym odruchu chciałem powiedzieć, że nie, lecz błagalne spojrzenie kompana totalnie mnie rozczuliło. Czasami tak miewam, to chyba starcza demencja. „Daj mi godzinkę i będę gotowy” – rzuciłem w biegu.

A więc postanowione. Ruszamy na polską Ibizę. Nie jacyś tam podrabiańcy, ale prawdziwi Albańczycy. Ja, George i wojskowy K., ten sam, który w poprzednim odcinku zafundował mi cudowną podróż do fabryki chmielu. Tym razem rozpoczynamy na spokojnie w zacisznej, domowej scenerii. 1…, 2…, 3…, 4… Zaraz, zaraz, wróć. 1…, 2…, 3…, czwarte wzięliśmy na drogę. Bus w kierunku Mielna. Panowie, jeszcze chwila i będziemy w raju.

Wysiadamy. No cóż, na raj mi to nie wygląda. Anioły nie latają, za to Januszów pełno.

Bajka. Trzech dzielnych krasnoludków poszukuje wśród nieznajomych dziewczyn tej jednej wyśnionej, idealnie pięknej, nieskazitelnej królewny. W każdej bajce musi być szczęśliwe zakończenie, więc nie inaczej było w tym przypadku. Ja i Georg na zero, na całe szczęście wojskowy K. odpalił potężne działo i trafił w dziesiątkę.

Dostojne niewiasty z południa. Tychy. Ola i Monika. Monika i Ola. Początkowo wystraszone, ale rozkręcały się z minuty na minutę, aż do wschodu słońca. Oczywiście Panowie musieli się wygadać, że jestem nauczycielem. I wtedy zaczęło się. Razem z Moniką przerobiliśmy niemal każdą epokę literacką, a szczególnie polski romantyzm. Skończyliśmy na poezji Baczyńskiego. „Niebo złote ci otworzę…”- recytowała nasza sympatyczna koleżanka. No wiesz Monika, znamy się tylko godzinkę i już takie propozycje. Zacznijmy od otwierania piwa, a z tym niebem to jeszcze zobaczymy.



A teraz finał miesiąca. Wojskowy K., jak przystało na zawodowego kierowcę, zasiadł za sterami wózka marki Polo. Georg zajął miejsce pasażera. „Panowie, biegiem na plażę, a może zdążymy jeszcze kogoś zapoznać”. Polska to jednak nie Ameryka, więc wyboista powierzchnia asfaltowa nie pozwala rozwinąć optymalnej szybkości. Dodatkowo wózek, a także jego pasażer i kierowca potrzebują co pewien czas uzupełnić niezbędne płyny ustrojowe. Halo, Mielno. Nadciągamy w pełnej okazałości. Trzej muszkieterowie i ich wypasiony Dreamliner. I niech mi ktoś jeszcze powie, że na wózku nie można odlecieć. 






sobota, 30 lipca 2016

Odyseja wieczorna

Piątek wieczór. Niebo lekko zachmurzone, opadów brak, parówki już prawie ugotowane. Słyszę skowyt dzwonka (pierwszy raz od ponad miesiąca). Odbieram. Z drugiej strony tej śmiesznej szklanej szybki odzywa się mój kolega B. – Szykuj ręcznik, bierz gacie na zmianę i lecimy na Koszalin. Chwila zastanowienia, mimowolny przebłysk geniuszu. – Dobra, za 15 minut będę gotowy. Zamiast ręcznika i gaci postanawiam zabrać ze sobą piekarza T., ponieważ koszalińskie puby interesują mnie bardziej od miejskiej pływalni. Po czterdziestu dniach posuchy w końcu nadeszła pora degustacji, a kto może znać się lepiej na degustacji, niż T., który pół swojego życia spędził na cukierni.



Mój mączany przyjaciel zajmuje dość sporo miejsca na tylnym siedzeniu, ale nie marudzę, bo on strasznie tego nie lubi. Poza tym mamusia zapakowała nam suchy prowiant na drogę, więc jest całkiem sympatycznie. Wysiadamy w biegu na pierwszych światłach, tzn. T. wysiada, a ja jadę dalej, bowiem na równoległym pasie widzę policyjny radiowóz. T. nie widzi radiowozu, bo myśli już tylko o kolorowych neonach, które wabią go ożywczym zapachem cudownego chmielu. Hura, to już Koszalin.

B. polecił nam taki jeden lokalik. Powiedział, że tam wszyscy siadają przy wspólnym stole i można kogoś ciekawego zapoznać. Brzmiało dość zachęcająco. Niestety tylko brzmiało. Zanim znaleźliśmy domniemany „raj” na ziemi minęła blisko godzina. Piekarz T. udał się na krótkiego dymka, wrócił z dobrymi wiadomościami. Siedem samotnych kobiet stoi u bram „świątyni dumania”. Czekam w wielkim napięciu. No cóż, tego mogłem się spodziewać. Średnia wieku wybranek mojego mączanego przyjaciela to jakieś 50+.

W celu ratowania wieczoru dzwonimy do wojskowego K. Polskie siły zbrojne nigdy nie nawalają. Nie inaczej było tym razem. K. zabiera nas do browaru z prawdziwego zdarzenia. Za takim smakiem tęskniłem całe wakacje.


Morał z tej wyprawy jest całkiem banalny, mączany przyjaciel to przewodnik marny. W rady wojskowego trzeba wtenczas ufać, a na białą piankę będziecie wnet chuchać.